Zawsze tak myślę gdy patrzę na gotowe falbankowe produkcje. Ostatnio miałam ich kilka "na warsztacie". Pracochłonne, wymagające, złośliwe, urocze, słodkie..... w efekcie.
Nie wiem co jest takiego w falbankach, że przyciągają wzrok, dłoń...
Bardzo lubię je robić. Tu kilka fotek z procesu tworzenia pewnej narzuty, o której mogę powiedzieć meganarzuta, 320x220 z falbankami... nie na całości, ale jednak wzdłuż dłuższej jej części. Tak cirka 40 metrów falban na samą narzutę i jeszcze trochę na poduszki. Urocza piana, beza, lekka... choć naszpilowana na maksa. A szpilek używam też gigantycznych (już wiem skąd się wzięło powiedzenie o wsadzaniu komuś szpili... dzięki... kilka razy nadziałam się na taki okaz)
Lniane różyczki to też zaczątek pewnego projektu, który kiełkuje... ale o tym niebawem.
Na koniec kropla kakao, cynamonu, kawy.... w lnianej produkcji poduszkowej. Cudnie "mokry", niesforny len, który wycieka z rąk, spod maszyny, ale w końcu dał się okiełznać :))







Uściski i życzę miłego, mam nadzieję wiosennego tygodnia. Wszak od wczoraj coś kapie, stuka, dzwoni… może to wiosna.....